„Przyszłość jest prezentem, jaki robi nam przeszłość” Andre Malroux
„(…) gdy tam pośpieszymy, gdy tam się w tutaj zmieniło, wszystko co było przedtem, jest jak to, co nastąpiło później” J.W. Goethe*
Babcia mawiała, że w naszym życiu są takie momenty, klika sekund między jedną chwilą, a drugą, kiedy nasze serce robi zdjęcia. Takie trochę muolskie, nieruchome, które zawsze pozostanie takie samo. Nie zawsze wyglądają piękne i niekoniecznie pachną świeżo zerwanymi owocami, ale nasze serce robi zdjęcie i pakuje do albumu naszych wspomnień. A potem, w najmniej oczekiwanym czasie, kiedy wydawałby się, że zdjęcia dawno wyblakły, albo zostały zeżarte przez głupie gobliny, serce ofiarowuje je nam w prezencie. Moje serce miało przygotowane takie albumy, które bardzo starannie pielęgnowałam.
O tym, że jestem czarownicą wiedziałam zawsze. Niezwykle bardziej zdziwiło mnie istnienie życia bez czarów. Różdżka była dla babci i dziadka jakby dodatkową ręką, za jej pomocą wykonywali niemal wszystko, a ja i moi kuzyni usychaliśmy z tęsknoty, aby wreszcie mieć zaczarowany patyczek do swojej dyspozycji. Pamiętam jak raz Reks zabrał dziadkowi różdżkę i chciał zmienić naszego puchacza w psa. W efekcie troszkę przypalił ptakowi pióra w ogonie, a dziadek bez pomocy czarów sprawił, że kuzyn przez tydzień nie mógł usiąść na tyłku. Reks czyli Roscoe chciał jeszcze za pomocą czarów zmienić swoje imię (choć żadne z nas do dziś nie ma pojęcia na czym miałoby to polegać), którym obdarzyła go jego szalona matka Irlandka, jednak z czasem Ron – brat bliźniak, zaczął zwracać uwagę na oryginalność imienia, co wyleczyło Reksa z kompleksów. Zresztą pełnych imion obaj bliźniacy używali tylko w wszelkiego rodzaju urzędach, dla mnie, babci, dziadka i wszystkich znajomych zawsze byli Ronem i Reksem, Rudym i Piegusem, ewentualnie Starszymi jako że byli ode mnie starsi o dwa lata. Pod nasz dach Starsi trafili, kiedy ich rodzice zginęli w jakimś zbiorowym wypadku. Babcia zawsze kwitowała to krótko: „Za bardzo wplątywali się w politykę, tego szalonego kraju”. Szalonym krajem była w jej mniemaniu Irlandia. Osobiście nie uważam Irlandczyków za szaleńców, muszę jednak przyznać babci trochę rację, skoro po długich latach użerania się z urzędnikami ostatecznie moi ognistowłosi kuzyni wylądowali w irlandzkiej szkole magii. Mi akurat to nie przeszkadzało, naprawdę. Nawet jak opuściłam Zielony Dąb, to w Hogwarcie zawsze mogłam liczyć na Jamesa Pottera – mojego najlepszego przyjaciela od wszechczasów. Ach, no właśnie, ja. Ja mieszkałam z babcią i dziadkiem od zawsze, tak samo jak wiedziałam, że jestem czarownicą. Dziadkowie zostali moimi opiekunami po śmierci mojej mamy, to jest tydzień po moim urodzeniu. Jeśli mama była tak chuda jak ja, to wcale się nie dziwię. Taty niestety nie znałam, ani ja, ani dziadkowie – a jeśli ktoś mógł cokolwiek powiedzieć na ten temat, nie podzielił się swoją wiedzą.
W Zielonym Dębie przeżyłam najpiękniejsze lata mojego życia. Nie wiem, czy jeszcze kiedykolwiek będzie mi tak wspaniale jak wtedy. Był tylko jeden moment, który pamiętam jako zły, straszny, okropny. Datę widzę wygrawerowaną w ciemnym kamieniu - 29 listopada 1966 roku. Zawał, kiedy dziadek wstał od kuchennego stołu, nagle upadł i na jakąkolwiek pomoc było już za późno. Nie bardzo pamiętam, bo też niewiele zrozumiałam z tego wszystkie co się wtedy działo. Wiem jedynie, że od tego dnia w babci zamieszkał Smutek. Czasem był bardzo starannie ukryty, tak że ciężko na początku było mi zrozumieć co się w niej zmieniło. Wcześniej też czasem była smutna, na przykład kiedy któreś z nas pytało o rodziców, ale po śmierci dziadka była Smutna. Na szczęście nie przeszkadzało jej to w prowadzeniu domu i opiekowaniu się nami.
Mimo tego, że mój czas biegł tak beztrosko, odkąd kuzyni zaczęli opuszczać Zielony Dąb na czas nauki w szkole, sama zaczęłam z niecierpliwością oczekiwać na list z Hogwartu. Wreszcie nadszedł. Szara kartka z informacją, że zostanę uczennicą zacnej szkoły plus spis książek. Odłożyłam wtedy kartkę na stół i spojrzałam zdziwiona na babcię
- Co to ma być? – zapytałam
- List. Nie liczyłaś chyba na delegację z ministerstwa – odpowiedział obojętnie, ale widząc moją zatroskaną minę, dodała – Kochanie, wystarczająco dużo atrakcji czeka na ciebie w szkole.
I faktycznie, w szkole było mnóstwo atrakcji – więcej nawet – pozostało ich mnóstwo do dnia dzisiejszego. Pamiętam dokładnie, jak babcia wraz z Potterami zaprowadziła mnie i Jamesa na stację King's Cross, peron 9 i ¾, pilnuj Jamesa, ty Amandy też, trzymajcie się razem, kochanie bądź grzeczny, dobrze mamo, Amanda zapnij te włosy i wsiadajcie szybko, bo nie zdążycie, pa babciu, kocham cię, cześć mamo, cześć tato, papa, napisz od razu, najlepiej po kolacji albo jeszcze w pociągu na kolanie, żebyśmy się za cholerę nie rozczytali, szybko, szybko. Potter wziął sobie najbardziej do serca dwa ostatnie słowa i zwiał nim zdążyłam w ogóle podnieść mój kufer. To dopiero przyjaciel. Sama wepchnęłam bagaż do pociągu, faktycznie będąc ostatnia, bo zaledwie przeszłam parę kroków, drzwi się zamknęły i pociąg ruszył. Pięknie. I co ja, mała, biedna, opuszczona i zagubiona Amanda miałam zrobić? Mogłam usiąść i się rozpłakać, co wcale nie byłoby takie głupie, a nawet pasowałoby do mnie albo stawić czoło przeciwnością. Wybrałam to drugie i ruszyłam na zwiedzanie pociągu. W żadnym przedziale nie znajdowałam jednak miejsca dla siebie i byłam coraz bardziej zrezygnowana. Nagle drzwi jakiegoś przedziału otworzyły się i przy akompaniamencie babskich wrzasków wybiegł z nich chłopak z wielkim kufrem, a drzwi zamknęły się z hukiem. Biedaczek zaplątał się w własne nogi i jak długi wylądował na podłodze. Postanowiłam ruszyć mu na pomoc, kiedy drzwi przedziału otworzyły się ponownie i wyleciał z nich grupa książka uderzająca bezczelnie prosto w moją głowę.
- Zejdź ze mnie – wysapał biedaczek.
- Przepraszam – powiedziałam wstając i podając mu rękę. – Chciałam tylko pomóc, a nie obrywać książką!
- To chyba ja powinienem nią dostać – odparł zbierając z podłogi swoje rzeczy.
- Za co cię wywaliły? – zapytałam.
- Zapomniały o moim istnieniu, chciały się przebrać i znów sobie o mnie przypomniały – wyjaśnił zwięźle. – Stwierdziły, że zrobiłem to specjalnie.
- Co zrobiłeś?
- Zasnąłem nad książką.
Wzruszona historią „Chłopaka, którego wywaliły z przedziału” zaproponowałam mu swoje towarzystwo.
- I wydaje mi się, że skądś cię znam – dodałam na zakończenie mojego wywodu.
- Ja też mam takie wrażenie. Jestem Remus Lupin – wyciągnął rękę.
- Amanda Werfol – uścisnęłam jego dłoń. – Mieszkasz może w Doline Godryka?
- Tak, ty też?
- Niedaleko. Pewnie znamy się z widzenia.
- Możliwe – Remus kiwnął głową. – To, co? Poszukamy przedziału?
Mi w zasadzie przedział nie był potrzebny skoro już znalazłam towarzysza niedoli. Jeśli on jednak chciał, to proszę bardzo, w towarzystwie nie zniechęcam się tak szybko. Za trzecim podejściem znalazłam Jamesa.
- Potter, ty bęcwale, zostawiłeś mnie! – zawołałam na przywitanie. (Pragnę zwrócić uwagę, że to zdanie chodzi za mną do dziś, tyle, że nie wypowiadane przeze mnie.)
- Nie moja wina, że nie potrafiłaś mnie upilnować – zaśmiał się. - Wchodź tu.
Z Potterem siedział jeszcze Peter Pettigrew również z naszego rocznika.
Podróż minęła niezwykle przyjemnie i była to ostatnia podróż tej trójki chłopaków do szkoły, której nie towarzyszyły wybuchy. Gdy dotarliśmy na miejsce, było już ciemno. Wychodząc z pociągu złapałam Pottera z rękę mówiąc, że ma się pilnować i… okazało się, że to nie Potter, ani nawet Lupin czy Pettigrew. Znowu zostałam sama! Jednak, gdy tylko wyszłam na zewnątrz, usłyszałam znajomy głos – to Hagrid, gajowy Hogwartu nawoływał pierwszorocznych do siebie.
- Hagadzie! – zawołałam podbiegając do niego
Gajowy był dwa razy większy od normalnego człowieka, tychże rozmiarów ma też serce, a znałam go ponieważ nieraz odwiedził moich dziadków.
- Cześć mała, wsiadaj tutaj – powiedział wrzucając mnie do jakieś łodzi gdzie było już dwóch chłopaków i jedna dziewczyna. Była ruda i od razu polubiłam ją zaważając na innych członków mojej rodziny.
- Jestem Amanda Werfol – przedstawiłam się.
Dziewczyna spojrzała na siedzącego obok niej czarnowłosego chłopaka o ziemistej cerze i przedstawiła ich oboje: Lily Evans i Severus Snape, drugim chłopakiem był Syriusz Poprostusyriusz. Więcej nie rozmawialiśmy, bo wszystkie struny głosowe zajęły się wydawaniem „ochów i achów” na widok pięknie oświetlonego zamku. Mój zachwyt skończył się, kiedy na koniec rejsu, wysiadając z łodzi sfinalizowałam cała w wodzie. Można to było przewidzieć, cała podróż w pociągu zaowocowała jedynie guzem po książce, więc trzeba było się jakoś zrekompensować. Później było tłoczno, masa podnieconych szeptów i nudne przemówienie zastępcy dyrektora, z którego nie zapamiętałam nawet jednej sylaby, a na koniec było zapierające dech w piersiach zaczarowane sklepienie w Wielkiej Sali. Szczerze mówiąc, nic mi w piersiach nie zaparło, bo ich nie mam, a istnienie jakiekolwiek sklepienia nad tą salą uznałam za oczywiste łgarstwo. Trzeba mi wybaczyć, byłam cała mokra, głodna i wściekła na Pottera, myśl więc kobieto o czymś rozsądnie. Ustawiłam się w kolejce do stołka z wyświechtaną czapką.
- Mówiłam, żebyście się ogarnęli – usłyszałam jakiś szept. Nade mną stała wysoka czarownica o srogiej twarzy. Machnęła różdżką i zrobiłam się momentalnie sucha. Teraz już mogłam zająć się tym, co działo się wokół mnie. Tak więc, ustawiłam się w kolejce do stołka z wyświechtaną czapką, która nagle zaczęła śpiewać. Tiara przydziału, która, jak nazwa wskazuje, miała nas przydzielić do jednego z czterech szkolnych domów. Gdy skończyła śpiewać, ta sama czarownica, która mnie osuszyła powiedziała:
- Kiedy wyczytam nazwisko i imię, dana osoba nakłada tiarę i siada na stołku.
Poczym rozwinęła trzymany w ręku pergamin i zaczęła czytać. Z czasem zorientowałam się, że kolejność jest ustalona według alfabetu, będę jedną z ostatnich i wszyscy moi dotychczasowi znajomi będą przydzieleni przede mną. To akurat było nawet plusem. Ostatecznie, wszyscy trafili do Gryffindoru, poza kolegą od rudej, który poszedł do Slytherinu. Jednym z pierwszych przydzielonych był Syriusz już nie Poprostusyriusz tylko Black. Tiara oznajmiła, że jego miejsce jest w Domu Lwa, a ja postanowiłam jeszcze raz odnaleźć Jamesa. Stał nawet niedaleko mnie.
- Ej, to ten Black, z tych Blacków, do których mam się nie zbliżać więcej niż na trzy metry? – szepnęłam przysuwając się do niego.
- W ogóle nie zbliżać. A ja będę dzielił z nim sypialnię! – jęknął.
- Przecież jeszcze nie wiesz, do jakiego domu trafisz – zdziwiłam się.
- To oczywiste – wypiął dumnie pierś.
Też miałam cichą nadzieję, że trafię do tego domu, ale ten to już przesada.
- Fanatyk – prychnęłam i napotkałam karcący wzrok tej samej srogiej czarownicy. Pięknie, nie ma to jak dobre pierwsze wrażenie.
Profesor McGonagall, bo tak zwała się owa czarownica była opiekunką Gryffindoru, a co za tym idzie, również i moją. Nie sądzę, by zapomniała mi i Potterowi rozpraszającą rozmowę podczas uroczystości i kłótni na jej pierwszej lekcji, ale już na drugim roku przestałam to odczuwać – moją rolę przyjął Syriusz Black, który wbrew wszelkim pozorom stał się nieodłącznym towarzyszem Jamesa nie tylko w lewym sprowadzaniu do pokoju wspólnego integracyjnych napojów, ale także w doprowadzaniu otoczenia (szczególnie grona pedagogicznego) do szwedzkiej pasji. Do tej dwójki dołączyli również towarzysze z pociągu, wszyscy razem określani zaszczytnym mianem Huncwotów. Ulubieńcy woźnego.
Życie moje było wspaniałe. (Nie licząc tego, że moją najlepszą przyjaciółkę – rudą dziewczynkę z łódki, Potter ochrzcił mianem marchewki (nie przegadasz mu, że mógłby wpaść na coś bardziej oryginalnego) i od tego czasu żyli jak pies z kotem. Ale to taki szczególik.) Rok szkolny mimo małych przeciwności losu, leciał szybko i wesoło w otoczeniu przyjaciół (psów, kotów i innych), wakacje spędzane z kuzynami i resztą towarzystwa w Zielonym Dębie jeszcze szybciej. W sierpień zeszłego roku wybraliśmy się całą zgrają (Starsi, ¾ Huncwotów, Ruda i ja) nad morze na kilka dni. A w grudniu umarła babcia. Tak, w grudniu piętnastego, przeklętego 1976. Pamiętam zapach kurzu, gdy siedziałam w mojej szkolnej kryjówce i płakałam. I pamiętam jak szkliły mi się oczy, gdy próbowałam się do kogokolwiek odezwać. Wtedy myślałam, że już nigdy nie będę umiała się normalnie odezwać. Z pogrzebu nie pamiętam nic, tylko jakieś dłonie, który składały mi kondolencje (nie mam pojęcia do kogo należały) i że było mi zimno w stopy. I że babci nie było, nic więcej.
*
Nagły przeciąg zatrzasnął uchylone w moim pokoju okno. Wstałam z łóżka i otworzyłam je na oścież – na dworze wiało i pachniało nadchodzącą burzą. Szybki rzut oka na zegarek i już wiedziałam, że to pierwsza burza września. Taki bonus na rozpoczęcie roku szkolnego. Pełną piersią (tak to nazwijmy) nabrałam tego orzeźwiającego powietrza. Za kilka godzin powinnam być wyspana i wypoczęta, pełna energii wkraczająca w siódmy rok nauki w Hogwarcie. Cóż za idiotyzm. Narzuciłam na ramiona sweter i w towarzystwie Elfa, naszego psa, wszyłam na werandę. Co za różnica, skoro i tak już nie zasnę?
__
*- „Cierpienia młodego Wertera”
***
Nie cierpię prologów, ale głupotą byłoby nazwanie tej części pierwszym rozdziałem. No. Ciekawa jestem, co tym razem z tego wyniknie. b.